biuletyna.blox.pl

Wpisy

  • niedziela, 28 sierpnia 2011
    • 0070 MICHELLE OH O SWOJEJ PRACY

       

       

       

      Rozmowa z Michelle Oh, indonezyjską projektantką biżuterii mieszkającą w Londynie, o której pracach pisałam tutaj.

       

       

       

       

       

      B: Czemu projektowanie biżuterii? Dlaczego nie stroje albo wnętrza?

       

      MO: Myślę, że poprzestałam na biżuterii dlatego, że jak dla mnie to świetne medium do zgłębiania sztuki, rzeźby i mody jednocześnie. Biżuteria jest przenośną formą sztuki. Naprawdę lubię tworzyć, a jestem bardzo niecierpliwa. Z biżuterią - rezultat pracy rąk mam od razu przed sobą. To bardzo satysfakcjonujące.

       

       

       

       

       

       

      B: Czy biżuteria to Twoja jedyna miłość? Patrząc na nią odnosi się wrażenie, że łączysz ze sobą różne dziedziny sztuki. Czy nie porzucisz pewnego dnia jubilerstwa na rzecz rzeźby czy malarstwa?

       

      MO: Lubię tworzyć – to moja jedyna prawdziwa miłość. Może to być biżuteria, torebki, lampy. Cokolwiek, co tylko udaje mi się zrobić samej. Ostatnio współpracuję ze znajomą projektantką, Ayako Kanari, nad zestawem lifestyle'owych dodatków. Naszą markę nazwałyśmy AMOK. Skupiamy się na wykorzystywaniu użytych wcześniej materiałów i przekształcamy je w wysokiej jakości ręcznie wykonane obiekty do domu czy pracy.

       

       

       

       

       

      B: Czy zaplanowałaś sobie jakąś ścieżkę kariery, z konkretnymi planami do zrealizowania? Mówisz, że Twoje projekty inspirują codzienne zdarzenia – czy więc Twoja biżuteria zawsze będzie mieć nieprzewidywalną formę?

       

      MO: Moja biżuteria zmienia się i rozwija wraz z tym, jak zmienia się moje życie. Czerpię inspirację ze zdarzeń, z którymi stykam się ja i ludzie wokół mnie. Obserwuję sposób, w jaki zmieniają się - rozwijają się lub rozpadają - moje związki, i uczę się na nich. Przez pracę często staram się zrozumieć swoje uczucia czy biegi myśli, które odnoszą się do konkretnych momentów mojego życia. To trochę taka terapia dla mnie. W sensie kariery, nie wiem, dokąd zaprowadzi mnie życie. W tej chwili prowadzę własną działalność, pracuję w studio, które dzielę z dwoma innymi projektantami. Każde z nas działa na własną rękę, ale czasami też współpracujemy. Planujemy niedługo wspólne wystawy i prowadzenie zajęć właśnie w naszym studio.

       

       

       

       

       

      B: Czy masz ulubione motywy, techniki?

       

      MO: W kwestii ulubionych motywów... Myślę, że można powiedzieć, że lubię rzeczy realne, namacalne. Rzeczy z fakturą i ładunkiem emocjonalnym. Lubię używać wielu starych i „mało zaawansowanych” technik, bo mogę być w ciągłym kontakcie ze swoimi pracami, i naprawdę lubię poszukiwać najróżniejszych sposobów wytwarzania biżuterii. Proces twórczy jest dla mnie bardzo ważny. Musi się pokrywać z z pierwszym impulsem, ideą, bo inaczej nie jest wart zachodu. Uwielbiam pracę nad biżuterią, jest dla mnie ważniejsza od efektu końcowego – moja siła leży w eksperymentowaniu. Lubię sprawdzać nowe materiały, odnajdywać w nich potencjał.

       

       

       

       

       

      B: Jako twórczyni artystycznej, unikatowej biżuterii masz duże pole do popisu, zarówno w sensie projektowym jak i warsztatowo. Czy kiedy pracujesz, zupełnie popuszczasz wodze fantazji czy musisz pamiętać o jubilerskich prawidłach, bo inaczej w pewnym momencie, niepostrzeżenie, z użytkowego przedmiotu powstałby nieużytkowy obiekt?

       

      MO: Moja biżuteria zawsze zbacza z drogi, którą wyznaczyła jej moja pierwotna idea. Nigdy nie okazuje się tym, co planowałam od początku. Jest tak dlatego, że jeśli masz jakiś pomysł, on jest jak fikcja, a nie rzeczywistość. Kiedy zaczynasz pracę z surowcem i wypróbowujesz różne patenty, projekt nie może zrobić nic innego, jak też się zmieniać pod wpływem rozwijającej się myśli. Rezultat jest często znacznie lepszy niż pomysł, który pierwotnie miałam w głowie. Tak lubię pracować, z bardzo zaangażowanym podejściem. W czasie studiów nigdy nie byłam jedną z tych osób, które spędzają dużo czasu na szkicowaniu i dopracowywaniu pomysłu na papierze, zanim zaczną go realizować, ponieważ uważam, że to niemożliwe wiedzieć dokładnie, czego się chce, póki nie zacznie się tego robić. Ja zawsze szłam od razu do pracowni, bawić się różnymi materiałami, i pozwalałam, by ten proces podyktował rozwój projektu. Używam szkicownika jako narzędzia, aby rozwiązać problemy techniczne, na które napotykam, ale nigdy nie oczekuję, że zrobię dokładnie to, co sobie wyobrażałam, że zrobię. Nie chodzi wcale o ograniczanie wyobraźni. Dzięki temu mogę być tak kreatywna jak to tylko możliwe; pozwalam materiałom, które wybrałam, mówić do mnie, a bawiąc się nimi zaczynam widzieć, co jest możliwe, a co nie, a to daje mi możliwość zmiany projektu na bardziej realistyczny, a przez to lepszy. Oczywiście, jako jubiler zawsze pamiętam o kwestii użyteczności, ale ona zależy od projektu, nad jakim akurat pracuję. Jeśli ktoś poprosiłby mnie o wykonanie obrączek ślubnych, musiałabym zastanowić się nad ich trwałością i wygodą codziennego użycia. Ale generalnie, kiedy mam zadowolić swój gust, myślę wyłącznie o tym, by być tak ekspresyjną, jak się da.

       

       

       

       

       

      B: Kto jest Twoim klientem? Dla kogo pracujesz?


      MO: Osoby, jakie zwykle wybierają moją biżuterię, to ci, którzy cenią sobie unikatowe, ręcznie wykonane ozdoby, z którymi mogą nawiązać emocjonalna więź. Nie lubię robić czegoś, byleby naśladować trendy, bo one przychodzą i odchodzą, i nie są dla ludzi niczym osobistym. Pracuję dla siebie i podoba mi się to, pozwalam sobie być egoistką i robić cokolwiek sprawia mi przyjemność!

       

       

       

       

       

      B: Kiedy przez chwilę studiowałam jubilerstwo, jeden z naszych profesorów [a tak naprawdę, jedynie magister inżynier] rzucał na początku wykładu, że wykładał nie będzie, bo nie jest w nastroju, ale może poopowiadać kawały. Czy w czasie nauki napotkałaś na osoby, które potrafiłyby wydobyć i oszlifować Twój talent, bez wtłaczania w utarte kanony?

       

      MO: W czasie nauki zetknęłam się na uczelni z najróżniejszymi typami nauczycieli... Niektórzy każą patrzeć na sprawy na ich sposób, inni pozwalają ci na wszystko... Ale koniec końców myślę, że uczymy się czegoś od każdego, kogo spotykamy. Ważne, aby nie odbierać wszystkiego zbyt osobiście i zawsze pozostawać wiernym temu, w co się wierzy. Czasem nie każdy zgodzi się z twoją koncepcją, ale to będzie twoja koncepcja, zatem słuchaj rad, ale nie pozwól, by ktokolwiek za ciebie decydował.

       

       

       

       

       

      B: Na pewno śledzisz pracę innych projektantów. Kogo cenisz najbardziej?

      MO: Mam mnóstwo ulubionych projektantów... Żeby wymienić kilku – lubię prace Lin Cheung, Gerda Rothmanna, Nicole Walger. Są całkowicie zaangażowani w to co robią, tak jak ja, i wykonują przedmioty, które znakomicie wyrażają ludzką naturę. Uwielbiam ich prace.

       

       

       

       

       

      B: Pochodzisz z Indonezji. Kiedy stamtąd przyjechałaś? Jak czujesz się teraz w miejscu gdzie jest tak mało zieleni, w porównaniu do pięknej indonezyjskiej przyrody?

       

      MO: Przyjechałam z Indonezji w 2006. Uwielbiam Londyn. Jest bardzo odmienny, ale chyba lubię tę odmienność [w przeciwieństwie do deszczu i drogich biletów autobusowych!]. Jest tu mnóstwo kreatywnych osób, gdziekolwiek się nie znajdę. Bardzo łatwo poznać tu nowych ludzi, którzy też zajmują się sztuką czy projektowaniem, i mieć szansę na współpracę czy wymianę pomysłów. To najbardziej podoba mi się w Londynie. Oczywiście tęsknię za rodziną i domem w Indonezji, ale to właśnie mój dom - i zawsze będę go mieć w sobie, niezależnie od miejsca. W moich zwyczajach albo sposobie w jaki mówię czy myślę, Indonezja pozostanie we mnie na zawsze, bo jest częścią mnie.

       

       

       

       

       

       

      B: Indonezja słynie z dzikiej przyrody. A wielu twórców jako swoją inspirację wskazuje naturę. Czy Ty też czasem z niej czerpiesz?

       

      MO: Tak, chętnie. Przygotowałam wcześniej kolekcję o nazwie „Mutant Rings”, bazującą na moich badaniach mutacji genetycznych wziętych z natury. W czasie przeprowadzania tych badań wzięłam srebro i dokonałam jego mutacji w różne gatunki pierścionków, imitując przemiany zachodzące w DNA. Myślę, że takie poszukiwania są nieuniknione, bo byłoby dziwne – nie być zafascynowanym światem, w którym żyjemy. Wyzwanie polega na tym, by uczynić pracę ciekawą raczej dzięki swojej unikalnej perspektywie, niż robieniu w kółko tego samego.

       

       

       

       

       

       

      B: Właśnie skończyłaś studia. Nad czym teraz pracujesz? Jakie masz plany – własne studio, grupa projektowa?


      MO: Po zakończeniu nauki miałam dwie możliwości: „bezpieczną” - starać się o pracę, może w dużej firmie, może w grupie projektowej czy warsztatowej... Albo zaszaleć i otworzyć własną firmę, z głębi duszy. Jakimś sposobem wybrałam to drugie. To może być najlepsza albo równie dobrze najgorsza decyzja w moim życiu. Ale jest tylko jeden sposób, by to sprawdzić! I tak długo, jak będę ciężko pracować i oddawać pracy całą siłę i zaangażowanie nie będę się obawiać, że nie mi się „nie uda”, bo przynajmniej wszystko co zdobędę albo stracę – zdobędę albo stracę na własnych warunkach, a nie kogoś innego. Nie mam wielkich marzeń i pragnienia panowania nad światem, bycia sławną czy bogatą... Chcę być szczęśliwa robiąc to, co robić kocham i mam nadzieję, że będę też mogła się z tego utrzymać - to wszystko.

      

       

       

       

      Strona Michelle.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      biuletyna
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 sierpnia 2011 20:54
  • piątek, 26 sierpnia 2011
    • 0069 GDY SZUKASZ BUTÓW, UŻYJ CIĘŻKIEGO SPRZĘTU.

       

       

       

      Heavy Machine

       

       

       

      Wcale nie mam za dużo butów. Mam za mało butów. O dużo za mało. Dużo za mało dobrze skrojonych, i fachowo, i wzorniczo, dobrze wyważonych, porządnie wykonanych. W solidnych pudełkach, w woreczkach, z prawidłem, z nalepką z wierzchu, co by nie otwierać stu pudeł, nim znajdę właściwe. Ale nie o mnie jest ten wpis, a butach, których nie mam.

       

       

       

      Zapoznaj się dziś, Drogi Czytelniku, z ofertą Heavy Machine.

       

       

       

      Można się dziwić, że dysząca na plecach konkurencja w typie choćby Kirkwooda czy United Nude, nie deprymuje młodej, niepopularnej jeszcze marki, jednak dwie projektantki, tworzące markę, są konsekwentne i uparte w układaniu butów z ostrych, geometrycznych elementów.

       

       

       

      Michelle Wu studiowała w nowojorskim Insitute of Technology i w mediolańskiej Polimodzie. Yoyo Pan uczyła się w projektowania odzieży w Melbourne. Obie spotkały się nad talerzem surowych krewetek i zaczęły deliberować nad ciężkim losem kobiety, która pragnie wygody, ale skazana na wybór pomiędzy wysokiego poziomu wzornictwem a wygodą, często smętnie kończy w balerinkach, a ładne buty może co najwyżej ustawić w oszklonej gablotce. Postanowiły połączyć siły w służbie komfortu i dobrego gustu. Zainspirowane regularnymi kształtami maszyn, swojej linii obuwia nadają industrialne imię - Heavy Machine, a same pomysły do projektów czerpią z sapiących, stukających i syczących ciężkich metalowych konstrukcji. Firma działa od dwóch lat i ma na koncie wiele udanych fasonów, a na szczególną uwagę zasługują modele z ostatniego lookbooka, na tegoroczną wiosnę i lato. Unikalne prowadzenie linii czyni jednak buty uniwersalne, i z powodzeniem można je nosić też w cieplejsze jesienne dni - nie ma tam eterycznych sandałków czy delikatnych czółenek. Wu i Pan stawiają na wyraziste wzornictwo i wysokiej jakości materiały, i obiecują, że ich buty są tak wygodne, że można w nich biegać - takie było zresztą założenie, z którego narodziła się marka. Buty kobiece, nowoczesne, trwałe, a przy tym wygodne. Takie, przed zakupem których nie trzeba się zastanawiać , czy  będą "robocze" czy "spacerowe", ile godzin się w nich wytrzyma, i ile kilometrów uda przejść.

       

       

      Mimo, że projektantów obuwia [jak i wszelkich innych przedmiotów] regularnie nam przybywa, dziewczynom udało się zachować odmienność, i mam nadzieję, że utrzymają dobry poziom. Geometria, wbrew pozorom, wcale nie musi być nudna.

       

       

      

       

       

      Heavy Machine

       

      Heavy Machine

       

      Heavy Machine

       


       

      No mnie się bardzo podobają.

       


       

      Heavy Machine

       

       


       

       

       

      Zdjęcia z materiałów producenta [dzięki, Kathy].


      Strona.

       

      Facebook.

       

       

       

      Polskie sklepy obuwnicze, macie szansę zabłysnąć - Heavy Machine szuka sprzedawców dla swoich wyrobów!

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      biuletyna
      Czas publikacji:
      piątek, 26 sierpnia 2011 19:53
  • niedziela, 21 sierpnia 2011
    • 0068 PLIZGA MÓWI USE ME

       

       

       

      Paulina Plizga

       

       

       

      Pisałam już kiedyś o torebce Pauliny Plizgi z serii Trash Bags. Zanim jednak zaczęły powstawać torebki i dodatki,  były bransoletki. Z początku wiązane tasiemkami, potem na solidne napy, zmieniały kształt, aż stały się w końcu prostokątami. Projektantka na pasy tkaniny naszywa kłęby nici, włóczkę, cekiny, materiałową sztukaterię. Każdy egzemplarz jest unikatowy, a wzoru nie da się powtórzyć.


       

       

      Ze względu na specyficzną formę, bransolety z tej serii nie starzeją się i nie niszczeją, nadając się do wyrzucenia, a ewoluują, każda na właściwy sobie sposób. Wykonane z naturalnych tkanin, z  ozdobnymi dodatkami, organiczne bransolety, noszone regularnie, stapiają się z właścicielem, i towarzyszą mu w różnych chwilach jego życia, będąc świadkami różnych zdarzeń. Bransolety, osobiste dodatki do garderoby, potrafią przylgnąć mocniej, niż płaszcz czy torebka, do osoby, która je nosi. Na przestrzeni lat, bo wchłonięciu litrów deszczu, potu, łez i środków piorących, tkaniny ulegają blaknięciu, zmieniają barwy, odkształcają się.

       

       

       

      Przez dekadę bransolety trafiły do mnóstwa osób w różnych częściach świata, przyszedł więc czas na podsumowanie. Projektantka wpadła na pomysł zorganizowania konkursu dla osób, które mają w swojej kolekcji jedną z jej bransolet.

       

       

       

      Aby wziąć w nim udział, należy wkleić zdjęcie swojego egzemplarza na fanpage, czyli tutaj. Oczywiście, im mocniej materiał poddany wpływowi czasu, tym lepiej. Kto zwycięży? Najlepsze fotografie wybiorą fani Pauliny, przez dodawanie znaków "lubię to". Autorzy cieszących się największą popularnością fotografii otrzymają nowe bransolety, specjalnie dla nich wykonane.


       

       

      Nowe bransolety można kupić w Galerii Nieformalnej w Warszawie, w Crème de la Crème na krakowskim Kazimierzu, bądź bezpośrednio u projektantki.

       



      O wydarzeniu.

      Strona Plizgi.

       



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      biuletyna
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 sierpnia 2011 23:15

Kategorie

Tagi

Kanał informacyjny





wywiad>

recenzja>

mail>



























































































































































monitoring pozycji