Wpisy

B: Co sprawia, że jest Pani tak różna od znanych i podziwianych polskich projektantów? Jakiemu wychowaniu trzeba się poddać, jakie trzeba mieć zainteresowania, by tworzyć takie stroje?
MD: Od dzieciństwa robiłam wiele rzeczy na przekór wszystkiemu. Moje ciocie nazywały mnie buntowniczką i prowodyrką, w szkole też lubiłam postawić na swoim – taki charakter, że robię wszystko po swojemu. Kiedy rzuciłam szkołę humanistyczną na rzecz technikum odzieżowego mama rwała włosy z głowy a rodzina wróżyła, że źle skończę. Jako nastolatka ubierałam się na czarno, słuchałam mocnej muzyki i jeździłam motocyklami (byłam pierwszą dziewczyną w mojej okolicy, która miała motocykl) a to oznaczało, że na pewno jestem złą dziewczynką. Kobieca strona mojej natury kazała mi dbać o swój wygląd – nie miałam na to pieniędzy więc szycie dla siebie rozwiązywało tę kwestię. Metamorfozom ulegałam bardzo często.
To, że nie ukończyłam żadnej artystycznej szkoły też jest kwestią buntu bo wychodzę z założenia, że nikt mnie nie będzie uczył jak być artystką. Z artystycznej szkoły fotografii, do której poszłam szybko zrezygnowałam po lekcji historii sztuki oraz awanturze jaką zrobiłam bezbarwnej aczkolwiek utytułowanej pani profesor, która w skrócie określiła sztukę jako wszystko to co jest szare, czarne i w kolorach ziemi natomiast kicz przedstawiła jako wszystko to co jest kolorowe wrzucając tym samym do worka kiczu wszystkich cenionych przeze mnie artystów tj. Dali, Beksiński, Picasso ... Obiecałam sobie nigdy więcej nie słuchać „autorytetów”.
A kwestia inności jest bardzo prosta – podziwiam innych projektantów ale nigdy nie staram się być taka jak ktoś inny. Jeśli mam jakiś pomysł a okaże się, że ktoś już go zrobił to z reguły zaklnę pod nosem i myślę już nad czymś innym. To chyba jedyna recepta na inność.
B: Jak odnajduje się Pani w Londynie? Czemu nie Warszawa? Język mody jest z pewnością uniwersalny, ale do swobody tworzenia ważne są też inne czynniki. W jakich warunkach czuje się Pani najlepiej?
MD: Londyn to bardzo krótki rozdział, ponieważ jestem tu od niedawna i tak naprawdę jeszcze się dobrze nie zadomowiłam w czysto fizycznym sensie. Kilka lat temu, kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy poczułam się lepiej niż w ojczyźnie i postanowiłam, że tu będzie kiedyś mój dom. Myślę, że jest to kwestia atmosfery i poczucia wolności, którą oddycham tu pełną piersią. Miałam owszem rozdział pt. Warszawa ale nigdy nie czułam się tam u siebie.
B: Czy w swojej pracy musi Pani często iść na kompromis? Czy ma Pani to szczęście, że klientki poddają się Pani wizji, czy zdarza się Pani pracować według cudzej sugestii? I – jeśli tak się zdarza – czy uważa Pani to za coś uwłaczającego, czy przeciwnie – sumienną pracą zarabia Pani na ambitniejsze projekty?
MD: Kompromis jest jakąś częścią pracy oraz życia i tam gdzie jest konieczność to oczywiście czasem trzeba na niego pójść. Jeśli pracuję dla kogoś, to zawsze muszę wziąć pod uwagę jaka to osoba, co sobą reprezentuje, co lubi oraz jaki cel zamierza osiągnąć. Przykładem może być ostatnie zlecenie wykonania sukien na film promujący nadchodzącą Eurowizję gdzie owszem dostałam wolną rękę od producentów ale tworząc projekty musiałam wziąć pod uwagę wiele czynników zaczynając od tego kogo ubieram – tutaj córka prezydenta więc mocna ekstrawagancja nie wchodziła w grę, kulturowych – jest muzułmanką więc nie mogłam odsłonić zbyt wiele ciała, musiałam się dostosować do wizji producentów, którzy poprzez stroje chcieli osiągnąć pewien efekt, więc musiałam użyć takich tkanin oraz wykonać takie formy, które pozwolą zespołowi na osiągnięcie zamierzeń, kolor również narzucony był z góry. Wbrew pozorom pewne ograniczenia wpływają na to, że artysta musi być bardziej kreatywny niż w sytuacji, gdy do dyspozycji ma pełen wachlarz pomysłów i żadnych ograniczeń. Nawet największy artysta pracując komercyjnie musi mieć w sobie nieco pokory i pamiętać dla kogo wykonuje zlecenie i dlaczego. Oczywiście gdyby ktoś chciał mi zlecić zadanie, które kłóciłoby się całkowicie z moim poczuciem estetyki wówczas nie podjęłabym się go zwyczajnie.
Naturalnie inaczej przedstawia się sprawa tworzenia autorskich kolekcji – tutaj nie ma granic twórczych i jest to największa moja radość życia, no może istnieją jeszcze granice finansowe ;) , które sprawiają, że nie wszystko jest takie jak bym sobie tego życzyła ale z nimi zmaga się wielu artystów i nic w tym szczególnego.
B: Kiedy sylwetki są już gotowe, i trzeba zadbać o ich promocję, jak duże jest Pani zaangażowanie w sesje zdjęciowe?
MD: Dbam o każdy szczegół nie tylko stworzenia kolekcji ale także jej odpowiedniego przedstawienia. Lookbook jest bardzo ważny bo to z niego będą później wybierać styliści projekty na sesje zdjęciowe do magazynów. O tym jak przedstawię kolekcję zaczynam myśleć już w momencie gdy zaczynam ją rysować. Zdjęcia muszą oddawać ducha kolekcji, więc ważny jest każdy jeden członek ekipy, który musi rozumieć to co robi, dlatego długo zastanawiam się z jakim fotografem zrobię sesję, w jakiej scenerii, jakiego typu urody powinna być modelka, kogo poprosić do wykonania makijażu i włosów oraz kto zajmie się stylizacją.
Inna sprawa to sesje do magazynów –większość z nich odbywa się w Nowym Jorku i nie uczestniczę w nich nigdy osobiście ale uwielbiam stylizacyjne niespodzianki jakie robią ekipy artystów tworzących edytoriale. Dzięki nim odkrywam na wiele sposobów projekt, który wydawać by się mogło, że znam przecież od podszewki i czerpię z tego dziką radość. W tym wypadku zanim wypożyczę swój projekt sprawdzam portfolio stylisty oraz fotografa by mieć pewność, że niespodzianka będzie pozytywna.
Wiem, że to dwa skrajne podejścia do przedstawiania mojej pracy ale cóż, stoicyzm jest obcy mojej naturze.
B: Muszę zapytać o obecność w jednej z Pani kolekcji elementów zaczerpniętych z twórczości HR Gigera. Czytałam, że bez problemów zezwolił na wykorzystanie swoich malarskich motywów. Pewien swego artysta, który wspiera młodszych, czy zafascynowała go Pani twórczość?
MD: Mam łatwość nawiązywania kontaktów i entuzjazm, który poruszyłby chyba umarłego. Jeśli mi na czymś zależy to nie ma rzeczy niemożliwych, są ewentualnie te, których realizacja przesuwa się w czasie. Z Gigerem oczywiście nie było tak łatwo od razu ale jak się okazało mamy wiele wspólnych zainteresowań i obracamy się w podobnym środowisku (tatuaże, motocykle i sztuka szeroko rozumiana) i z pewnością ujęło go to, że jestem fanką jego twórczości od wielu, wielu lat. Oczywiście jego agent prześwietlił mnie i to co robię z dokładnością wielką, zaprzyjaźniliśmy się i okazał się niezwykle przyjaznym człowiekiem. Musiałam przedstawić szkice i opisać całą ideę kolekcji zanim otrzymałam ostateczną zgodę. Sam agent Gigera a artysta z chęcią na to przystał zaproponował bym umieściła na wystawie w jego muzeum kilka moich projektów gdy już wezmą udział we wszystkich możliwych edytorialach.
B: Większość młodych polskich projektantów narzeka, że nie ma za co żyć – nie ma pieniędzy na materiały, więc nie szyje, a tym samym nie ma zamówień. Czy Pani w początkowym etapie kariery udało się uniknąć tego typu problemów? Co mogłaby Pani poradzić zapaleńcom, którzy mają talent, ale kompletnie nie mają głowy do interesów, więc pogrążają się w marazmie, zamiast pracować?
MD: Na problemy finansowe najlepsza jest praca. Młodym ludziom wydaje się, że praca projektanta polega tylko na wymyślaniu dwóch kolekcji rocznie, otaczaniu się pięknymi ludźmi i rzeczami oraz na lansowaniu swojej osoby – stąd chyba taki boom na projektantów. Jeśli „młody-zdolny” tak widzi ten zawód to niech sobie lepiej odpuści i poszuka łatwiejszego chleba. Nie mam zielonego pojęcia czego uczą szkoły projektowania mody (przynajmniej w Polsce) ale widzę, że brakuje projektantom rzetelnego rzemiosła, opanowanie którego z całą pewnością zwalczyłoby przynajmniej na początku kariery problemy z finansami. Uszycie żakieciku dla pani Basi z banku lub spódniczki dla dentystki Zosi jest treningiem umiejętności i jednocześnie przynosi pieniądze. Mnie samej nie było łatwo ale ciągle się uczę. Na własnej skórze eksperymentowałam zdobywając wiedzę rzemieślniczą i biznesową, teraz przyszedł czas twórczego wyżywania się i praca nad public relations. Jestem przekonana, że połączenie tych czterech filarów daje szanse na osiągnięcie celu jakim jest wymarzona praca projektanta, spokojnie i w dostatku żyjącego ze swojej pracy.
B: Co, Pani zdaniem, powstrzymuje polskich projektantów przed robieniem zagranicznej kariery? Czy to kwestia mentalności?
MD: Według mnie to kwestia braku wiary w siebie i ludzi oraz wmówienia sobie tak po polsku, że na wszystko potrzebne są wielkie pieniądze i "plecy". Mnie łatwiej jest za granicą niż we własnym kraju. Tu nikt nie musi się ze mną spotykać twarzą w twarz, nie muszę uszyć pani reaktor żakieciku w zamian za publikację, nie muszę chodzić na wszystkie imprezy i szczerzyć zębów do fotoreporterów. Mogę być sobą z moimi wadami i zaletami i mieć gwarancję, że jedynym kryterium oceny jest moja własna praca. Za granicą ceni się oryginalność, więc jeśli ktoś wzoruje się na zachodnich projektantach czy domach mody, to niech zapomni o światowej karierze, no chyba, że ktoś ma strasznie duże pieniędzy, by wydawać fortunę na firmy PR, kupić przyjaźń ważnych osób, drogie prezenty dla redaktorów, stylistów itd. Pieniądze często potrafią sprawić, że oczy na pewne sprawy się przymykają, ale to tylko na jakiś czas, bo talentu za nie kupić nie można.
O kolekcji Marty Madli [Alexis] i Szymona Rychlika [Pony], można powiedzieć dwie skrajnie różne rzeczy.







Kolekcja równie błyskotliwa i lekka jak opis, którym oficjalnie przedstawiają się autorzy. Prawdziwa zabawa z modą, zarówno jeśli chodzi o same sylwetki, jak i ich przedstawienie na wybiegu. Ekstrawaganckie, sensualne połączenie różnych materiałów, stylistyki, i ta nonszalancja modeli! Świetnie wyczuli klimat kolekcji i potrafili oddać jej ducha. Nigdy dotąd nie widziałam równie oryginalnej, odważnej, bezkompromisowej kolekcji, zrealizowanej jednocześnie tak małym nakładem środków - to godne pozazdroszczenia. Lapidarny ekscentryzm, oko puszczone do publiczności, tak rzadka dziś śmiałość i rzutkość! Coś wspaniałego! Jeden z najlepszych pokazów OFF-u!
Ewentualnie...
Kolekcja równie beznadziejna i infantylna, co opis, którym oficjalnie przedstawiają się autorzy. Nie dziwię się, że nie podają swoich nazwisk. Sąsiedzi mogliby ich wykląć i spalić słomianki ich rodzinom. Dziwię się, że modele dali się wypchnąć na wybieg, ale w końcu żyjemy w kraju, gdzie 200 zł [dostali aż tyle?] jest nie do pogardzenia. Nigdy w życiu nie widziałam większego, kolokwialnie mówiąc, syfu, mimo że śledzę nawet prace zaliczeniowe szkół odzieżowych z małych miejscowości. A fe! Do czego to było wielkiemu Fashion Fylozofi? Dla żartu? Jak się teraz czują ci, co się w tym roku nie dostali? Pewnie nie żałują!
I niechaj każdy sobie wybierze, co mu bardziej pasuje! Jedno i drugie jest równie dobre, wystarczy pewność w głosie.
Strona internetowa nie działa, ale może zadziała, więc podaję adres.
Zdjęcia: materiały prasowe, P. Stoppa.

Przyznam szczerze, że kolekcja "Dym" to chyba najmilsze odkrycie ostatniego łódzkiego Tygodnia Mody - niespodziewane, nie wyglądane z wielką nadzieją, ba - o nazwę "bola" się potknęłam, ale nie było to potknięcie na tyle dotkliwe, by mocniej zainteresować się tematem, a tu takie zaskoczenie.










Szarość w wydaniu Bajer jest jak nigdy twarzowa. Spokojna, dostojna, może być poczytana jako jesienno-zimowe wyciszenie, a nie nuda i banał. Kolekcja jest mieszana, damsko-męska, a właściwie nie - w sposób bardzo udany projektantka pogodziła obie płci, nie proponując tego, co zwykle widzimy na wybiegach - czyli modelek w marynarkach i modeli w sukienkach. "Uniseks" Bajer jest bardzo łagodny i naturalny.
Rzecz jasna, kolekcja Aleksandry Bajer nie wprawia mnie w spazmy, nie powoduje drżenia rąk ani łzawienia oczu, ale sprawia, że jeden lub drugi ciuch z jej kolekcji chętnie miałabym w szafie. I nie wiem, czy nie wygrywa tym z McQueenem czy Galliano, których podziwiam, ale obawiałabym się nosić. "Dym" z pewnością nie wpisuje się w kanon tego, co nazywam sztuką, ale jest porcją solidnego rzemiosła, bliskiego człowiekowi - do noszenia na co dzień. Swobodnie przechadzający się po wybiegu modele w płaskim obuwiu potwierdzają tylko, że zestaw to szczera, prosta, codzienna moda, której chce się trochę przygarnąć do siebie.
Plus za czerwone i niebieskie akcenty.
Ola B., czyli bola na facebooku.
Zdjęcia: B. Szmigulski, lamode.info










O swojej marce Startek pisze, że jest "młoda i oferuje świeże i nowatorskie spojrzenie na modę" - czyli dokładnie to samo, co wszyscy początkujący projektanci. Czy czymś się więc wyróżnia? Na tle pozostałych pokazów kwietniowego OFFu - na pewno.
Już sama decyzja Joanny Startek by zajmować się wyłącznie modą męską, świadczy o pewnej dojrzałości. Nie wiem, czy było to założenie poczynione na próbę, a może jednorazowy wybieg, który nie będzie kontynuowany... Chcę jednak wierzyć, że była to świadoma i odpowiedzialna decyzja. Podczas gdy większość polskich twórców szyje przede wszystkim dla kobiet, przeciwny front to dobry wyróżnik - moda męska Startek nie zginie w gąszczu setek podobnych zestawów, a na pewno będzie mieć mniejszą konkurencję do zdystansowania.
Kolekcja "Once upon a tie" jest chwalona, i to nie bez słuszności. Sylwetki są równe, nie widzę tu zdecydowanie słabszych punktów. Propozycje, jak na zestaw przeznaczony dla panów - śmiałe, choć bez nadmiernej ekstrawagancji, wyważone. Kroje, co trudne jest do oddania słowami - mają po prostu charakter, wyglądają na ostateczną wizję projektantki, nie pozostawiają wrażenia niezdecydowania, niepewności, lęku czy przypadkowości, co dosyć często obserwuje się u polskich ludzi mody. Konsekwencja w użytkowaniu tkanin, i to bez wywoływania w widzu poczucia, że "mama kupiła dwie bele materiału, jeden gładki, drugi w kółeczka". Poszczególne elementy stylizacji pasują do siebie, tworząc udane komplety. Ciekawe, trafione akcesoria, staranne fryzury, odpowiednia oprawa dla strojów - to wbrew pozorom bardzo istotne i warto zadbać o formę prezentacji. Często dodatki są nieprzemyślane, projektanci nie dbają o ostateczny kształt pokazu. I tutaj Joanna Startek wyróżnia się korzystnie. Całość wydaje się być przemyślana i zaplanowana do ostatniego detalu.
Z ciekawością czekam na kolejne propozycje - trampki, jeansy i bure bluzy z kapturem zdecydowanie czas już pożegnać.
Zdjęcia: materiały prasowe, P.Stoppa.
Kiedyś wystarczyło się orientować, czym Dom Mody Telimena różni się od Diora. Dziś trzeba myśleć. To nastręcza problemów. Co napisać o pokazie IMA MAD, czyli projektowego trio w składzie, jak wieść gminna niesie: Michał Gruca, Patrycja Guzik i Dominika Grzybek? Że trzy talenty w jednym zestawie powinny już chyba powalać na kolana, a ja ciągle siedzę z nogą na nogę i pogwizduję niecierpliwie. Jedyne, co mogę powiedzieć z całą pewnością to to, że Dominice Grzybek praca w pojedynkę wychodzi zdecydowanie na korzyść. Bo od projektowania mody tzw. autorskiego, z metką z konkretną nazwą życzyłabym sobie, by miało charakter i zapadało w pamięć.






Kolekcja spójna, zarówno krojem jak i kolorem, dobrze zaprezentowana. Jasna, świetlista, lekka, nieskomplikowana, nieprzeładowana, korzystnie wybijająca się z grząskiego tła tegorocznego OFFu.
Co nie zmienia faktu, że po tygodniu nikt jej już nie pamięta.
Zdjęcia: materiały prasowe, niezawodny P. Stoppa.

O dzierganych kreacjach Anny Dudzińskiej już kiedyś pisałam, i z tego co kojarzę, raczej pochlebnie. Jest w naszym kraju bodaj jedyną przedstawicielką „wielkoformatowych” konstrukcji wykonanych na tradycyjnych drutach. Takie gruzłowate, przestrzenne kombinacje zawsze wprawiały mnie w zachwyt, bo sama nawet szalika nie umiem zrobić [robiłam raz, miał szerokość od pięciu do trzydziestu cm, a ja nie mam pojęcia, dlaczego; jestem za to znakomita w robieniu łańcuszka na szydełku...] i choć obszerne swetry, marynarki, poncha i inne kominy w rozległej czeluści zwanej zagranicą nie są nowością [por. świetne, kolorowe (!) prace Borre, o których pisałam niedawno], to miło, że i u nas ktoś postanowił spróbować swoich sił w tej dziedzinie. Uważam bowiem, że „szycie” na drutach to rodzaj rzeźby, która zawsze jest unikatem, i nikogo nie należy dyskredytować słowem „kopista” tylko dlatego, że korzysta z tej techniki.






Powtórzę zatem raz jeszcze: uważam, że projektantka właśnie z wełnianych, trójwymiarowych konstrukcji powinna uczynić swój znak rozpoznawczy, i następnym razem zaprojektować, jak mówią polskie gazetki modowe, total look - właśnie z kłębków pleciony. Legginsy, spodnie, kaptury, bluzy, sukienki. Niech to będzie pracochłonne, niech to będzie drogie – będziemy mogli wtedy przynajmniej powiedzieć, że to sztuka. Moim zdaniem Dudzińska wykazuje talent w kierunku robienia na drutach, z wielkim jednoczesnym i niezrozumiałym dla mnie uporem rozdrabniania się na banalne, szyte z czarnych tkanin ciuchy. Po co? Gdzie jest Gareth Pugh, którym się podobno inspiruje? Czy Dudzińska nie może być Garethem Pughiem z wełny? Może, i to z powodzeniem. Dlatego będę się upierała przy zatrudnieniu armii emerytek do pomocy, i wystąpieniu na październikowym OFFie z wełną od stóp do głów. Artystko – spróbuj. Najwyżej zostaniem z tysiącem kilometrów do sprucia. Nie musisz nawet rozszerzać palety kolorystycznej, u nas czarne i bure ma wzięcie.
Wystąpienie na Out of Schedule to dobry krok, jednak pomimo faktu, że jest ono traktowane z mniejszą uwagą, niż Designer Avenue, warto by pokazać tam coś naprawdę interesującego. Wiele osób po pokazie wymieniało się uwagami, że nakazanie modelkom patrzenia w podłogę, miast przed siebie było wielce oryginalne. Ja jednak pozwolę sobie skupiać się na ubraniach, a Dudzińska w swojej karierze miewała już ciekawsze.
Zdjęcia: materiały prasowe, P. Stoppa.

Uroczy, zabawny, nieporadny, nieszkodliwy – takie określenia przyszły mi na myśl, gdy oglądałam pokaz Jakuba Pieczarkowskiego.



To chyba jedyna z prezentacji wiosennego OFFu, która wywołała u mnie refleksję. Czego wymagamy od mody? Od mody w rozumieniu czegoś wyższego, niż mały sklepik z ciuchami, czy nawet sieciówka, od mody w znaczeniu – ubiory od projektanta, oryginalne, autorskie, z przesłaniem, z wizją. Jak ekscentryczni chcemy być, jak bardzo potrzebujemy odstawać od grupy? I ile osób w Polsce koncertuje, odbiera nagrody, chodzi na premiery, ile osób musi podkreślać swoją osobowość strojem, który widać z dwustu metrów? Krótko mówiąc – czy młody projektant powinien szyć dla tysiąca osób spośród trzydziestu ośmiu milionów, czy dla, powiedzmy, tych bardziej ekscentrycznych pięciu milionów z siedem razy liczniej puli? I czy powinien zacząć skromnie, ale dobrze warsztatowo, by zyskać szacunek klientów, czy byle jak, ale zauważalnie, z pompą i wokalizą piosenkarki, która notabene zaśpiewała też na innym pokazie, czyli w sumie żadnym wyróżnikiem nie była?
Odpowiada mi konsekwencja kolorystyczna. I byłoby na tyle. „Futrzane” okrycia niepraktyczne [a przez przypadek także podobno cholernie ciężkie], a a pozostałe + to, co pod spodem – już gdzieś było, w dużo lepszej wersji. Czy projektant poświęcił swojej kolekcji więcej, niż jedną noc? Bo nie sądzę.
Pozdrawiam i życzę sukcesów.
Zdjęcia: materiały prasowe, P. Stoppa.







Gonsior jest przyzwoity. Nie robi sobie wstydu. Jego pokaz nie zostawił niezapomnianych wrażeń ani nie dawał poczucia obcowania ze sztuką wyższą, która zakręciłaby łzę w oku prostego chłopa. Ale wyróżniał się na zdecydowany plus wśród pokazów Out of Schedule. Nie wiem, czy świadczy to dobrze o zgłoszonych do tej edycji zestawach.
Kolekcja świadcząca o sporym rozeznaniu w dotychczasowych dokonaniach światowych projektantów i dobrej znajomości ciała kobiecego. Żaden ze strojów nie zaburzał sylwetki [może prócz oryginalnych, siepiących się wielokolorowych spodni]. Barwy idealne na jesień i zimę, doskonale różne od polskiej całorocznej żałoby. Stylizacje trafne. Ekstrawaganckie akcenty w postaci trójwymiarowych konstrukcji udane, choć z pewnością nie nowatorskie i zbyt rzadkie – polecam być ekstrawaganckim na całej linii, albo wcale. Trochę zdechłego kruka [mówię to z przekąsem, uwielbiam ozdoby z czarnych piór] na kreację finałową, to zdecydowanie za mało! Wpadłam na genialny pomysł ubrania głów modelek w budki – przydrożne polskie kapliczki, ze świeczkami i wstążkami, co projektant na to? Wyrzynarką operuję bez problemu, powspółpracuję niedrogo!
Wracając do pokazu - niestety, tłuszcza miała uciechę głównie z butów, które, choć „dizajnersko” bardzo ciekawe, były źle wyprofilowane i sprawiały dużo problemów modelkom. Co to za kraj, gdzie wszyscy czekają, aż modelka się potkanie, zamiast oglądać stroje! Na szczęście, zachwiały się tylko dwie, z czego aż jedna pozostała niewzruszona, druga próbowała ratować sytuację uśmiechem.
Podsumowując: twórczość Gonsiora warta jest śledzenia. Ja czekam. Kolekcja wydaje się być na wpół ugłaskana aż do poziomu zero, a na poły otwarta i szczera – jeżeli Gonsior coś skrywa, powinien to pokazać w następnym sezonie.
Strona internetowa.
Zdjęcia: materiały prasowe, P. Stoppa.

O kolekcji, która wyszła spod ręki mart.adamiec słyszałam same złe rzeczy. Że to "rzeczywiście" jak spod wody, że to "rzeczywiście" dla topielic, że kolory smętne, kroje obłe, materie cienkie, modelki ulizane. A ja powiem: możesz być z siebie dumna, bo Zień, lubelski półbóg polskich wybiegów, nie robi nic lepszego. Zadbaj o public relations, a będziesz u nas kimś. Wyczucie piękna, dobry gust to kwestie relatywne. O gustach się nie rozmawia. O sukcesie stanowi to, gdzie jeździsz na wakacje.
Popatrzcie:






A jeżeli ktoś Ci powie, że szyjesz sukienki dla topielic, odpowiadaj, że już prerafaelici wiedzieli, co dobre, a recenzenci guzik się znają. Pewność siebie to podstawa, z nią wszystkich się oszuka!
A tak poważnie: to nie jest złe, tylko niedojrzałe, przypadkowe, nieskoordynowane, ale ciągle niezłe, choć komercyjne. Czekam na październikową propozycję.
Zdjęcia: materiały prasowe, P. Stoppa.

Zanim mnie ktoś obije przyznam, że nie mam wielkiej motywacji, by opisywać wszystkie pokazy OFF, szczególnie te, które zupełnie mnie nie zainteresowały. A wśród takich większość, niestety, się rekrutuje. Bywają przebłyski, i to przebłyski błyskotliwe, całość rzadko kiedy zaskakuje, szokuje, inspiruje. Zastanawiam się, dlaczego. Nie wiem.
Napiszę zatem o Ewercie.






Z tego co pamiętam [a to już dobrze świadczy o projektancie], w ubiegłym sezonie powiedziałam, że jest on zdolnym, ale zanadto dba, by przypodobać się mało wymagającej publiczności, za bardzo chce wpasować się w bieżące trendy, przegląda za dużo zasobów sieciówek i one rzutują na jego prace. To super, jeśli umiesz się wtłoczyć w główny nurt, ale tylko jeśli sprzedajesz na allegro czy innym decobazaarze [na który złego słowa nie mówiłam póki nie wywalili mnie za zbyt rzadkie wstawianie nowości!]. Jeżeli zamarzyło ci się zostać kreatorem mody, musisz a] być kreatywny b] być przedsiębiorczy c] być sumienny d] kraść ile się da, byleby nikt się nie zorientował. Wydaje mi się, że polskim projektantom zawsze czegoś brakuje. Jeśli mają PR i pieniądze, nie mają talentu, jeśli mają talent, nie chcą iść na kompromisy i w rezultacie pies ze złamaną nogą nie zostanie ich klientem. A jak jest z Ewertem?
Nie mam pojęcia. Kolekcja, w stosunku do poprzedniej, wygląda mizernie. Kroje wydają się być przypadkowe, tak jak i nadruki i zdobienia spodni. Zastosowanie koronki i przezroczystych tkanin to żadna nowość. Podoba mi się za to wybór ciepłych, ciężkich, zimowych kolorów – złota, czerwieni, czerni, połyskujących brązów, szarości. Umiejętnie zestawione, nie zlewają się ze sobą, jak to często bywa w kolekcjach na ciemne miesiące. Ale kolory to trochę za mało. Sylwetki zaprezentowane w październiku – przegląd sezonowych trendów – były odtwórcze, udane, ale nie satysfakcjonujące dla kogoś, kto poszukuje mody autorskiej, nie anonimowej, masowej. „Lord” jest twórczy, jednak chyba za mało przemyślany. Ale to nic wielkiego, na Out of Schedule bywa gorzej. Wierzę, że jesienią będzie lepiej.
Wiem, że wielu projektantów siedzi i śledzi z przekrwionym okiem opinie o sobie, i to opinie wszelkie, od czasopism tzw. fachowych po fora niebranżowe. Wskrzeszę więc w sobie poczucie misji i powiem: oby tak dalej. Trzeba próbować. Nie wstydźmy się porażek, porażka to jedynie sygnał, że zamierzony cel nie został jeszcze osiągnięty. Starajmy się, szukajmy, inspirujmy, ćwiczmy, pytajmy różne osoby o opinie. Ale drugiej takiej kolekcji już nie róbmy. Po co ktoś ma się podśmiewać, że to dziesiąta woda po ostatniej kolekcji żywego McQueena.
Zdjęcia: materiały prasowe, P.Stoppa.