biuletyna.blox.pl

Wpis

sobota, 30 marca 2013

0180 CZEMU NIE CHCE MI SIĘ PISAĆ NA FEJSIE

 

 

facebook

 

 

Pisać mi się na facebooku nie chce niewymownie.

 

 

 

Na świecie dzieją się w ostatnim czasie przerażające, bulwersujące, niedopuszczalne, niedorzeczne i niewyobrażalne dla przyzwoitego człowieka rzeczy. Po raz kolejny na były-i-wciąż-aktualny Związek Radziecki spada nie wiadomo co. Dzieciaki z OFFu FPFWP gryzą pazury, czy wujkowie i ciocie z wysokiej kapituły dopuszczą ich do publiki a potem płaczą z radości bądź zgryzoty. Na tę okoliczność gorzeje dyskusja, czy FW to targowisko czy impreza artystyczna, i czy w obliczu dotychczasowych warunków wypuszczania na wybieg projektant, który owo wypuszczenie sobie wykupił za ciężko pożyczone pieniądze jest jeszcze projektem, czy nie. Ombre hair stało się podobno passe, ku memu wielkiemu zmartwieniu, bo chciałam właśnie stać się modna, a tu o. Eva „Minge” Minge grozi, że rozbierze się i podstawi pod mikroskop, by dowieść wszystkim zazdrosnym, niedowartościowanym grubym kurom, że nie miała nigdy operacji plastycznych [bo wlewy z betoniarki to nie operacje]. Ponadto krzywo pomalowały mi się paznokcie i wczoraj rozgotował makaron. To wszystko budzi mój gorący, kąśliwy sprzeciw, ale nie chce mi się o tym pisać, szczególnie na fejsbuku.

 

 

 

Młodociani projektanci piszą o trudach życia artysty, o kontraktach, których nie podpisują, bo są za mało ambitne, ale i tak zawsze warto o nich informować, o tym, jak ktoś ich kurtuazyjnie pochwalił, a jest rozpoznawalną osobą. Poziom komentarzy z fejsa świadczy dziś  klasie człowieka. Co i rusz ktoś prowokuje, tłum daje się omamić i sypie się lawina komentarzy, udostępnień, podnosi się wrzawa, ścierają się dwa i więcej frontów, i et caetera [to po łacinie, Rzymianie tak mówili]. Fejsbuk jest ogromnie emocjonalnym miejscem, które mnóstwo osób traktuje bardzo poważnie. W ogóle dziwię się, jak błahe fejsbuk podejmuje czasem tematy, a jak nośne, jednocześnie, i ważne dla tak wielu osób. Z Facebooka zaczerpuje się inspiracji, dowiaduje o nowościach w świecie. Można sobie popluć na ludzi albo ich pohołubić, i to nie wstydząc się robić tego pod własnym nazwiskiem. Można zdobywać dziesiątki-setki czytelników, albo ich stracić równie dobrze, jeśli nowy pościk tłumowi nie konweniuje. Można rozwijać karierę zawodową, ściągać klientów. Ale to kosztuje w cholerę roboty, bo subskrybenta fanpage trzeba przy sobie zatrzymać codziennym pokazywaniem obrazków, załączaniem linków, pisaniem o tym, co wszyscy, opiniowaniem tego, co wszyscy, codzienną sumienną pracą od nowa. Ale przecież by o polskiej modzie móc pisać regularnie, trzeba byłoby być słupem ogłoszeniowym – ten zrobił to, inny coś innego, dziś otwiera się nowy sklep, jutro zamykają stary. Trzeba poruszać tematy popularne, bo takie właśnie przekładają się na popularność autora. Nad tematem niszowym nie pochyli się nawet pies z kulawą nogą, a inteligentny, ciekawy świata czytelnik jak się niby o tobie dowie? Trzeba być informatorem, nie komentatorem. Bo większość zdarzeń na polskim rynku nie jest warta uwagi, co dopiero poświęcania czasu na pisanie. Moją ambicją nigdy nie było służenie jako dziennik, choćby najbardziej wiarygodny i aktualny. Im bardziej stara i gruzłowata jestem, tym mniej we mnie zbędnych emocji, co pomaga decydować, o czym warto mówić, a o czym nie. O większości nie warto. Większość treści nie byłaby treścią, a zapchajdziurną papką uwłaczającą czytelnikowi. A na takich, co lajkują wszystko jak leci, raczej mi nie zależy. Poza tym, szafę mam niedużą, twarz krzywą, a jak mam robić zdjęcie telefonem, i zamierzam go sięgnąć, to dochodzę do wniosku, że już jednak mi się nie chce. Nie wiem też, co to są prewki, gratsy i propsy. No to czym ja mam mamić fana na fejsie? Nie jestem atrakcyjna ani dla piętnastolatki zachłyśniętej światem i ludźmi ani dla dojrzałego człowieka, który coś już widzi i rozumie.

 

 

Nie no, pewnie, że jakby blog był cudowny, to miałby bez kozery pińcet tysięcy fanów. Ale dowiedziono naukowo, że wszystko da się wypromować. Tyle, że mi się nie chce. Nie chce mi się komentować, wklejać linków, zostawiać swojego adresu wszędzie, gdzie się da, by ktoś mnie poznał, ani się nigdzie udzielać. Jestem bardzo leniwa i mści się to na mnie od okresu niemowlęctwa. Nie lubię zabiegać, by ktoś mnie polubił.

 

 

 

W ogóle to chyba sobie ten fanpage skasuję, to będzie takie posh i against the flow. Dotychczasowi fani wiedzą, gdzie mnie szukać. Więc tu se popiszę.



 

 






Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
biuletyna
Czas publikacji:
sobota, 30 marca 2013 15:21

Polecane wpisy

Trackback