biuletyna.blox.pl

Wpis

środa, 08 czerwca 2011

0034 SOBOTNIE PRZEDPOŁUDNIE Z PAULINĄ PLIZGĄ cz. 1.

 

 

 

 

Paulina Plizga

 

 

 

Co robi Plizga? Ludzie mówią, że dziurawe swetry. Jednak ja uważam, że wyznacznikiem jej twórczości jest coś więcej, niż luka w dzierganej powierzchni. Co prawda, nie są to kreacje, które założysz na rozdanie Oscarów po swoim wystąpieniu w jakiejś superprodukcji, ani kreacje, które chciałbyś założyć na chrzciny swojego dziecka, ślubnego lub nie. Wątpliwe, żebyś pragnął być w nich pochowany. Ale, bez wątpienia, są to stroje o wiele bliższe człowiekowi, niż twory czołowych, ślepo wielbionych projektantów. Czemu? Bo nie narzucają ról. Nikogo nie każą udawać. Egzystują na obrzeżach modowego świata, nie skamląc o przyjęcie do niego. Nie powielają trendów ani ich nie interpretują. Są unikalne. Miłe, miękkie, bliskie ciału. Plizga robi rzeczy, które chciałby się nosić, kiedy nikt nie patrzy i nie ocenia [chociaż to błąd, bo to niepedagogiczne trzymać takie perełki dla siebie!]. A w jakich innych okolicznościach jest się bardziej sobą?

 

 

Rozmowa z Pauliną Plizgą.



 

 

 

 

B: Jak mieszkało Ci się na Śląsku? W większości kraju kojarzy się chyba tylko z pyłem kopalnianym, brudnymi twarzami górników i ceglaną zabudową. Jak tam było naprawdę?

 

 

PP: Śląsk, który znałam w dzieciństwie był dokładnie taki, jakim go opisałaś. Górnicy wychodzący z szychty, z oczami otoczonymi czarną obwódką z węgla, ogólnie – mnóstwo kurzu. Moja mama myjąca co tydzień okna i piorąca firany... Przeważał kolor szary, aczkolwiek na Śląsku zabudowa jest specyficzna, bo wszystko zbudowane jest z czerwonej cegły, i mamy nawet taką tradycję malowania framug okiennych na rażący kolor czerwony, więc to taki element kontrastowy dla tej ogólnej szarości [śmiech].

 

 

 

 

B: Jak wspominasz swoje dzieciństwo? Za PRL-u wychowywało się inne dzieci, niż teraz.


PP: Oczywiście. Dzisiaj czasy PRL-u to totalna abstrakcja, dla młodego pokolenia niewiele to znaczy. Pierwsza część mojego dzieciństwa była dosyć szczęśliwa – lata gierkowskie; można powiedzieć, że panował względny dobrobyt. To był czas, kiedy jako dziecko niczym się nie przejmowałam. Dopiero w wieku dziesięciu lat, kiedy wybuchł stan wojenny, i zdarzyło się wiele niespodziewanych rzeczy: to, że zamknięto szkoły, że na ulicach była godzina policyjna, że wieczorem trzeba było zasłaniać okna, były to sprawy niezrozumiałe dla dziecka. Stanie w kolejkach, zbieranie plastikowych toreb do kolejnego użytku, papier, którego się nie wyrzucało i ponownie używało, ogólnie – oszczędzanie, produkowanie różnych rzeczy domowym sposobem... Pamiętam, kiedy mama robiła nam lizaki, bo w sklepach nie było słodyczy, a w szkole pani wymyśliła, że będziemy robić domową czekoladę – takie różne śmieszne przygody, które wpłynęły w pewien sposób na moją twórczość, i skierowały mnie w stronę patchworku, recyklingu, oszczędzania i odzyskiwania rzeczy, „z pomyślunkiem”. Bez marnotrawstwa.

 

 

 

 

B: Jakieś pierwszych dwadzieścia lat życia człowieka to często dosyć nieskoordynowany okres, pełen nieświadomości i motania, szukania własnej wartości, generalnie: niewiedzy, co ze sobą zrobić. Jak w tym kontekście wyglądała Twoja droga zawodowa? Czy od zawsze planowałaś zostać „panią od sztuki”, czy wybór był spontaniczny?


PP: „Pani od sztuki” fajnie brzmi [śmiech], niemniej nigdy nie planowałam nią zostać. Wiesz, powiem ci, że dwadzieścia lat to rzeczywiście ważny moment. Tym bardziej, że ja właśnie wtedy wyjechałam do Paryża i to zdecydowało o mojej dalszej działalności. Aczkolwiek, kiedy miałam trzynaście-czternaście lat, i trzeba było podjąć decyzję odnośnie profilu szkoły, wiedziałam mniej-więcej, że będzie to jednak artystyczna szkoła i wtedy zdecydowałam się na egzaminy do liceum plastycznego i to była bardzo dobra decyzja, dlatego, że w krakowskim liceum plastycznym panowała atmosfera jak na japońskim Harajuku. Ludzie ubierali się bardzo ekstrawagancko, kolorowali sobie włosy różnymi farbkami, także dla mnie była to doskonała pożywka już na całe lata. To, co się wtedy działo było tolerowane przez naszych profesorów i była to szkoła znana z tego, że panowała tam taka luźna atmosfera.

 

 

 

 

B: Masz jakieś rodzinne tradycje artystyczne, oprócz mamy krawca?


PP: Nie, oprócz mamy u nas w rodzinie wszyscy zajmowali się albo rolnictwem albo górnictwem albo administracją kamienic [śmiech], także nie ma u nas żadnych artystycznych tradycji. Jedyną osobą, która mi przybliżała ten świat, była moja mama. I jest nadal, ponieważ nadal mi pomaga, i ma niemały wpływ na to, co się dzieje.

 

 

 

 

B: Jak wyglądały Twoje pierwsze prace?


PP: Moje pierwsze prace – to było przerabianie jakichś starych sukienek. Potajemnie, ponieważ nie miałam wtedy prawa dotykać maszyny mojej mamy pod pretekstem, że ją rozreguluję i połamię igłę. Było w tym dużo prawdy, bo te pierwsze rzeczy wyglądały strasznie, głównie dlatego, że chciałam zwężać szerokie rzeczy i robiłam to w bardzo nieudolny sposób. Później zaczęłam się bawić ścinkami z pracowni mojej mamy. Pierwsze rzeczy, które szyłam, to były chyba poszewki na poduszki. Takie bardzo geometryczne rzeczy. Dopiero w ostatniej klasie liceum plastycznego zdecydowałam, żeby uszyć taką mini-kolekcję i zrobić pokaz w Krakowie.

 

 

 

 

B: Jak się udał?


PP: Udał się - można powiedzieć, że to było już to, co można zobaczyć dzisiaj na moich pokazach w Łodzi. Pokaz odbył się w piwnicach Dworku Białoprądnickiego, więc atmosfera była undergroundowa, modelkami były moje koleżanki z klasy. Makijażem była maseczka kaolinowa - twarze były bardzo blade. Ciuchy – to były kokony uszyte z wielobarwnych ścinków, były elastyczne i bardzo ściśle opinały modelki. Było to seksowne, a jednocześnie artystyczne.

 

 

 

 

B: Utrzymywanie się z własnej twórczości – u nas, prawie dwadzieścia lat po Twoim wyjeździe, to ciągle dosyć ryzykowne, i większości przypadków niemożliwe. Czy miałaś jakieś obawy przed wyjazdem? Czy brałaś pod uwagę powrót, gdyby się nie udało, albo podjęcie jakiejkolwiek pracy dla utrzymania, byleby nie wracać? Jaki miałaś plan?


PP: Ja w ogóle nie miałam planu. Mój wyjazd to Paryża to był, może nie używajmy słowa przypadek, raczej szczęśliwy traf. Spotkałam na ulicy w Krakowie koleżankę, z którą chodziłam do Instytutu Francuskiego. I to dzięki niej mogłam pojechać do Paryża, na dwa miesiące – w założeniu, do pracy wakacyjnej. I po tych dwóch miesiącach doszłam do wniosku, że nie mam po co wracać do Polski. Nie dostałam się w Łodzi na studia na projektowanie odzieży w ASP i nie bardzo wiedziałam, co ze sobą począć. Miałam w kieszeni dyplom konserwacji rzeźby – takie wykształcenie zdobyłam w Krakowie – i też nie miałam pojęcia, co z tym począć, bo wtedy czasy były zupełnie inne, niż dzisiaj. To był rok '92, dopiero co komunizm się skończył, była epoka prywatyzacji. Kiedy znalazłam się za granicą, musiałam się podjąć pracy zarobkowej, bo szybko ta iluzja, że dostanę posadę w świetnej firmie typu Dior, się zweryfikowała, i musiałam znaleźć zajęcie, takie na przeżycie, i nie było ono w ogóle związane z moim zawodem. Przez parę lat trwał okres, kiedy zastanawiałam się, czy nie wrócić, ale jakoś to przetrwałam.

 

 

 

 

B: Czytałam, że wyjechałaś z kraju, bo w Paryżu widziałaś dużo większe szanse rozwoju, i zbytu dla swoich prac. Ale czemu nie Berlin, Londyn czy Mediolan, a może Nowy Jork? Widzę, że przypadkowo trafiłaś do Francji, spodobało Ci się, i jesteś tam do dziś.


PP: Przypadkowo to niedobre słowo, bo nie oddaje jakości tego wydarzenia, ja w tym znajduję raczej szczęśliwy traf. Właściwie, kilka lat przygotowywałam się do tego wyjazdu, w tym sensie, że jednak przez pięć lat chodziłam do Instytutu Francuskiego, kupowałam archiwalne wydania francuskich żurnali. Wtedy takich rzeczy nie dostawało się w Polsce w kiosku, można było tylko odkupić archiwalne numery, na przykład w Empiku.

 

 

 

 

B: Czyli najpierw podświadomie przygotowywałaś się do wyjazdu, a potem – wyjechałaś.


PP: Tak. Paryż to miejsce, gdzie trzeba się pojawić, albo przyjechać na jakiś czas, nie wyobrażam sobie innego miejsca, niż Paryż. To było wymarzone, i przygotowane – język francuski, wczytywanie się w czasopisma sprawiało, że myślałam, że wcześniej czy później tam się znajdę.

 

 

 

 

B: U nas mówi się, że robisz "dziurawe swetry". Ale sądzę, że masz o nich o wiele więcej do powiedzenia.


PP: [śmiech] Tak, mam nawet armię wytresowanych moli, które te dziury wygryzają specjalnie, tak, jak im każę. Tak, swetry są dziurawe, i jak je robię, staram się, żeby tych dziur było jak najwięcej. Z tym, że dziury są tak zrobione, żeby już się dalej nie pruły. To jest takie przekorne, ale uważam, że bardzo ładne, bo kojarzy mi się z pajęczą nicią, takie artystyczne pająki.

 

 

 

 

B: Jakich materiałów, technik i narzędzi używasz na co dzień?


PP: Technik – bardzo, bardzo różnych. Od wielu lat zbieram publikacje na temat technik rękodzielniczych, które udało mi się opanować według tych książek i które staram się wprowadzać do swojej pracy. Wiele jest dzianiny, i ten materiał zajmuje coraz więcej miejsca i wykorzystuję go na różne sposoby. Lubię cienkie tkaniny, które nie stanowią pogrubienia, a są izolacją termiczną. Coś w rodzaju drugiej skóry. Dzianina ma to do siebie, że jest elastyczna, i można ją plastycznie wykorzystać jako taką... osłonkę. Tak jak w ostatnim pokazie, gdzie twarz została całkowicie okryta dzianiną. Dla mnie było to coś zupełnie naturalnego, nie widziałam żadnej zdrożności w tym, że twarz została osłonięta w sezonie zimowym, i ochroniona przed zimowym wiatrem.

 

 

 

 

B: Jak wygląda sposób powstawania Twoich prac i droga od pomysłu do wersji ostatecznej?


PP: Najczęściej prace powstają, jak – nie wiem, czy to nie zabrzmi pretensjonalnie – dzieło sztuki. Bardzo długo szukam jakiejś inspiracji. Inspiracją może być źdźbło trawy albo jakiś kamyk znaleziony. Najczęściej są to jednak splątane nici, które poniewierają się cały czas w mojej pracowni, albo kawałki materiału. Od takiej małej cząstki zaczyna się otaczanie, powiększanie, powiększanie aż do rozmiarów ubioru. Pomagają mi w tym moje wierne manekiny, na których wszystko sobie upinam, łączę z wieloma kawałkami materiału i w ten sposób powstaje całość – w zamierzeniu coś, co można na siebie założyć. Nie staram się robić obrazów, czy kompozycji, które można oprawić i powiesić na ścianie, chociaż wiem, że są klientki, które kupują u mnie rzeczy, ale ich nie noszą, ale właśnie wieszają na ścianach.

 

 

 

 

B: Czyli nie przygotowujesz uprzednio projektu i nie przystępujesz do pracy, gdy jest gotowy? Wszystko narasta sukcesywnie, w miarę „budowania”?


PP: Tak. To bardzo długo dojrzewa. To taki rodzaj „kiszonki”. Coś może wisieć sobie nawet rok w stanie niewykończonym i nagle dostrzegam to w zupełnie innym świetle i mogę to dokończyć, w spontanicznym sposób. Oczywiście jednak, kiedy przygotowuje się kolekcję, bierze się pod uwagę także stronę praktyczną, trzeba wziąć się do pracy i zrobić coś konkretnego. W moim przypadku sprowadza się to do zabawy materiałem, bo same stroje mają bardzo prostą formę. Gdzieś przyszywam kawałek materiału, dodaję element patchworku, a potem wykorzystuję go w jakimś projekcie: bluza czy spódnica. Może faktycznie jest to bardziej zdobnictwo niż krawiectwo, ale taka jest już specyfika mojej pracy.

 

 

 

 

B: Jesteś bardziej rzeźbiarką niż krawcem.


PP: Faktycznie, chociaż staram się respektować pewne zasady i wykańczać moje stroje w sposób konwencjonalny, aczkolwiek nie zawsze mi to wychodzi. Jestem taką nieudolną krawcową [śmiech]. Ale myślę, że przez te wszystkie lata, przez które pracuję, zdołałam wypracować sobie swój własny styl i ludzie, którzy się zwracają w moją stronę wiedzą, czego się po mnie spodziewać. Nie miałam jakichś nieprzyjemności z tego tytułu [śmiech].

 

 

 

 

B: Kiedy wiesz, ze praca jest ukończona?


PP: Zawsze podejmuję taką decyzję podskórnie. Niektóre rzeczy są wykańczane bardzo szybko, a inne można dopieszczać jeszcze przez długi czas. To trudne do określenia. Bywa, że to kwestia ograniczonego czasu. Na przykład zbliżający się pokaz zmusza do arbitralnych decyzji, i trzeba sobie powiedzieć – „ok, to jest wystarczająco wykończone”. Mogłabym jeszcze dodać haft ręczny i cekiny, ale kolekcja musi być zaprezentowana. Niestety, dlatego, że szyję sama, muszę czasami podejmować takie drastyczne decyzje, że coś będzie prostsze, niż sobie założyłam. W marzeniach wszystko jest idealne, a rzeczywistości – czasem wychodzi coś znacznie prostszego. Nie ma w tym nic złego. Taką rzecz można w przyszłości dokończyć.

 

 

 

 

B: Regularnie pojawiasz się w Łodzi na Tygodniu Mody. Co szykujesz tym razem?


PP: Bardzo byś się chciała wywiedzieć [śmiech]! Czego się można spodziewać... Trochę zaczyna mnie martwić to, że konwencja moich pokazów staje się taką oczekiwaną klasyką. W tym sensie, że ludzie, którzy jeszcze tych pokazów nie widzieli, są trochę zszokowani, trochę zbulwersowani, że coś tam się dzieje, że to wygląda na takie niewykończone. Nie przeszkadza mi to, to są naturalne reakcje. Bardziej mnie martwi, że osoby, które widziały już trzy albo cztery moje pokazy w Łodzi, spotykając mnie przed pokazem pytają, czy będę malowała, czy będę coś robiła na tym pokazie. Sam performance i samo bycie na scenie nie jest czymś samym w sobie i nie robię tego po to, by było moim znakiem firmowym, żeby pokazy Plizgi były jakieś takie dziwne. Po prostu mam pomysł w danym momencie i nie jest pewne, czy będę robiła to zawsze. Całkiem prawdopodobne, że kolejny pokaz będzie całkiem zwyczajny. Może będzie zaskoczeniem, że zrobiłam taką zwyczajną kolekcję. W tym, co ostatnio robię, zaczynam odchodzić od kolorowych melanży w kierunku rzeczy bardziej stonowanych z tego względu, że sama potrzebuję odpocząć od tych ostrości, od zestawów, w których dobrze sobie radzę, ale mam też ochotę na bardziej stonowane rzeczy, więc możliwe, że taka kolekcja będzie bardzo monochromatyczna. Więcej Ci nie powiem, bo by to było...

 

 

 

 

B: Ale zaczęłaś już pracę?


PP: Tak, przygotowałam materiały wizualne, ikonografię. Sam temat już jest, jest nawet tytuł kolekcji. Nie wiem, czy będzie to łatwa kolekcja, bo temat jest dosyć bolesny. Ogólnie, chodzi o narodziny piękna. Ten temat już się pojawił w Eclosion [kolekcja zimowa 2010/2011 – przyp red.]. Tam był moment, kiedy widać, że skorupka pęka i widać to „coś”, co wychodzi, albo pąk kwiatu, który już widać, ale jest jeszcze nieotwarty. Ostatnio widziałam wiele filmów na temat tańca. Bardzo mnie wzruszył film na temat Piny Bausch, takiej niemieckiej choreografki. Wzruszyło mnie to do łez. Myślę, że temat tańca w ujęciu tortur, jakie ciało znosi, żeby dopasować się do jakiejś konwencji, jest szalenie ciekawy. Roboczy tytuł kolekcji to Flesh and Bone, czyli ciało i kości, albo: skóra i kości. Nie chcę robić jakiejś „horrorystycznej” kolekcji, ale bardzo mi się do kojarzy z elementami dosyć trudnymi w historii mody, jak gorsety, gdzie w pewien sposób trzeba się zmusić do noszenia tego, tak jak w tańcu, gdzie trzeba wytresować ciało i naginać je. Będzie więc dużo elementów zapożyczonych z tańca.

 

 

 

 

 Druga część rozmowy - tutaj.

 

 

 







Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
biuletyna
Czas publikacji:
środa, 08 czerwca 2011 02:55

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • llollobrygida napisał(a) komentarz datowany na 2011/06/08 16:21:42:

    Ciekawa rozmowa z tym projektantem, aż chciałbyś mieć taki sweter, czułbyś się w nim dobrze, jak zwyczajny normalny człowiek, który wszak jest facetem.

  • Gość Paulina napisał(a) z *.fbx.proxad.net komentarz datowany na 2011/06/10 14:56:36:

    @llollobrygida: facet tez człowiek :) w dzianinie od PLIZGI jeszcze bardziej :))

Dodaj komentarz